Wspomnienia - Fundacja Dziecka Warszawy

Opracowanie na podstawie Kronik Domu Dziecka - lata 1947-1965.

Zapiski z KRONIK DOMU DZIECKA NR 3


styczeń 1947

Z powodu wielkich mrozów została sprowadzona większa ilość węgla. Nie było dla nas przyjemnie przy 18 stopniach mrozu nosić kubełkami węgiel do piwnicy, ale nie upieraliśmy się, gdyż chcieliśmy zrobić przyjemność Muni, aby wiedziała, że nie idziemy z przymusu, ale z dobrej woli. Po skończeniu pracy została ogłoszona wiadomość przez Munię, że ci, którzy pracowali przy węglu, otrzymają w nagrodę po 15 dag cukierków. Munia zawsze stara się zrobić nam przyjemność.

luty 1947

W naszym Domu przez kilka dni mieliśmy urozmaicone posiłki, gdyż na deser dostawaliśmy po dwa jabłka. Największą radość sprawiły owoce maluszkom. Troszkę ich to dziwiło, że zimą mogą być jabłka. Niejedno z nich sobie mówiło, że przysłała to Ameryka. Na tym jednak nie koniec, gdyż oprócz owoców były jeszcze inne smakołyki, tj. keksy, cukierki, a nawet kuchnia się popisała, bo w niedzielę gotowała budyń, który był zjadany ze smakiem. W ostatnią niedzielę karnawału, tzn. 16.02.1947 roku, odbyła się u nas zabawa kostiumowa. Bawiliśmy się świetnie. Na zabawie byli obecni zaproszeni koledzy. Zabawa trwał od godziny trzeciej po południu do jedenastej wieczór. Munia pomyślała o osłodzeniu naszych języków i między tańcami pokrzepialiśmy się słodyczami. Zabawa zaczęła się krótka imprezą, która składała się z tańców ludowych i przyśpiewek o personelu. Gdy rozchodziliśmy się na spoczynek można było usłyszeć szczere wyznania: „Szkoda, że już koniec. Żeby jeszcze kiedyś była taka zabawa”.

czerwiec 1947

W pierwsza niedzielę czerwca wszystkie opiekunki postanowiły zabrać wychowanków na spacer. Pogoda była piękna, słońce paliło. Dzieci wyraziły chęć jechania nad Wisłę. Pojechaliśmy całą paczką. Chłopcy rozkoszowali się ciepłym piaskiem, widokiem pływających łódek i kajaków. Najtragiczniejsze jednak było dla nich jednak to, że nie pozwoliliśmy im wchodzić do wody, ponieważ Wisła jest bardzo zdradliwa. Jednak spacer sprawił im dużo radości. Dzieci rade, aby zostać dłużej, ale trzeba było wrócić do domu na kolację. Wkrótce zabraliśmy wychowanków do Łazienek. Tym razem nie jechaliśmy grupą, lecz każda opiekunka z wychowankami oddzielnie. Chłopcy i tu z zainteresowaniem obserwowali ryby pływające w stawach. Zadowoleni byli z tych niedzielnych spacerów.

sierpień 1947

Dzieci chore lub te, które jechały do domów prywatnie, wyjechały zaraz na początku wakacji. Ale nas została dość dużą gromadka. Ponieważ dużo osób personelu tak fizycznego, jak i umysłowego dostały urlopy, my je zastępowaliśmy. Dwie dziewczyny chodziły pomagać do pralni, drugie dwie do kuchni, inne do szwalni, a jeszcze inne pomagały na oddziale najmłodszych. Wracaliśmy wszyscy z wakacji z głową pełną myśli o Domu. Jakie zastaniemy zmiany? Czy będą nowe koleżanki i koledzy? Naturalnie, że są. Na początku były niektóre nieśmiałe, lecz szybko zespoliły się z nami „starymi”. Staraliśmy się, aby nie czuły się obce w naszym Domu, aby nie było im smutno, jak zawsze bywa, gdy człowiek przeniesie się w inne środowisko i zostawi za sobą ludzi, z którymi się zżył. Na drugie piętro przybyło pięć dziewczynek, na trzecie - trzy. Nasze dziewczynki po upływie kilku dni czuły się świetnie.

31 grudnia 1947

Sylwester, koniec starego roku, odbił się echem i to bardzo głośnym w naszym Domu. Wiedzieliśmy, że będzie zabawa, toteż ledwie skończyliśmy kolację, a już zaczęło się wynoszenie stołów z jadalni i przesuwanie ławek. Dzięki panu Stefanowi mieliśmy wspaniałą muzykę (trzeba przyznać, że pan Stefan gra bardzo dobrze na pianinie). Zabawa szła na wesoło, a godziny leciały jedna po drugiej. Aż nadeszła godzina dwunasta, ostatnia godzina starego roku. Muzyka umilkła. Wszyscy śledziliśmy ruchy wskazówek zegara. Minuta po minucie ucieka stary rok, ucieka rok szczęśliwy, a może i smutny dla niektórych. i oto bije zegar, wolno i majestatycznie. Ostatni ton starego roku, dwunasty ton i zegar umilkł. To pewnie już Nowy Rok? Tak, to Nowy Rok. Przez okno widać wbijające się pod niebo rakiety świetlne - to żołnierze witają Nowy Rok. Jeszcze raz ozwały się dźwięki pianina i jak rakieta popłynął miły walczyk w ten Nowy, nieznany dla nas rok.

maj 1948

W związku z poprawianiem linii tramwajowej na trasie Okęcie – pl. Narutowicza kursowały samochody, które musiały zastąpić tramwaje. Ale na tym zastępstwie kiepsko wyszliśmy. Po dwutygodniowej takiej jeździe niejeden z nas pozbawiony został guzików u palta i innej garderoby. Po długiej walce pani Kierowniczki z Zarządem Miejskim tenże wypożyczył nam samochód na czas robót drogowych. Odtąd rano jeździliśmy „swoim” samochodem, ale ze szkoły wracaliśmy „X”. Dzięki samochodowi z Zarządu Miejskiego zapotrzebowanie na guziki znacznie się zmniejszyło.

sierpień 1950

Wczasy w Szklarskiej Porębie Górnej. Bardzo ładnie było na wczasach. Chodziliśmy co drugi dzień na wycieczki, bardzo dużo zwiedziliśmy. Byliśmy na wodospadzie Szklarka, zwiedzaliśmy wodospad Kamieńczyk, Wysoki Kamień, Zakręt Śmierci, skocznię, Grób Liczyrzepy.

czerwiec 1951

Zbliża się koniec roku szkolnego. Dni są ciepłe i pogodne. Każdy z nas myśli o zbliżających się wakacjach. Na samą myśl słowa „wakacje” na wszystkich twarzach pojawia się uśmiech i każdy czuje w sobie jakieś szczęście i radość. Wśród nas panuje wielkie podniecenie. Z niecierpliwością oczekujemy dnia, w którym otrzymamy oceny naszej nauki. Po otrzymaniu świadectw z niewypowiedziana radością wracamy do Domu, by ucieszyć nasze kierownictwo dobrymi stopniami, a nawet nagrodami w postaci książek, bo byli i tacy, którzy zostali nagrodzeni.

czerwiec 1953

Rozpoczęcie budowy nowego Domu Dziecka zostaje znowu odwołane. Lokalizacja z Al. Niepodległości jest przeniesiona początkowo na Saską Kępę, później na Koło. Kiedy rozpoczną się wstępne prace – nie wiadomo.

sierpień 1955

Rozpoczęto już budowę nowego domu na Kole. Grupa naszej młodzieży pojechała na plac, gdzie powoli wznoszą się mury naszego przyszłego domu. Pomagaliśmy przy noszeniu desek, cegieł, itp.

sierpień 1957

Przeprowadzamy się na Koło! Niecierpliwość oczekiwania na te chwilę, perypetie związane z urządzaniem nowego Domu, radości i kłopoty przeprowadzki – wszystko to odzwierciedlają słowa piosenki (fragmenty): „(...) Rosną dzieci, szkoły kończą i ciągle czekają, Już dziewczęta za mąż wyszły, własne dzieci mają. Chłopcy posiwieli, ten i ów się żeni, Wychowawców lata pochyliły już do ziemi, A dom się budu-u-u-u-u-u-u-u-u-u-u-u-u-je ! (...) Ale wszystko ma swój kres! Zwyciężyła cierpliwość, zwyciężył optymizm! Dzień nastał pożądany, Dom nasz został oddany, więc czym prędzej nasza brać Jęła się przeprowadzać...! I szafy, i stoły, o moi mili! Na własnych plecach żeśmy nosili... Lecz teraz można powiedzieć śmiało, że mamy Dom już taki, jakich mało! Piękny, wygodny, obszerny, zdrowy, wprost luksusowy. Tak – luksusowy!”

rok 1958

Nasz nowo powstały Dom jest placówką ciekawą, godną większej uwagi. Doskonałe warunki, jakie tutaj panują, nie dadzą się absolutnie porównać z nieomal przysłowiową już „dzęcką ciasnotą”. Takich domów, jak nasz, jest w Warszawie niewiele.

kwiecień 1959

Przybyły do naszego Domu pierwsze „maluchy”. Oddział dla najmłodszych, całkowicie urządzony, czekał już od kilku dni.

kwiecień 1961

Zainstalowano w naszym Domu gabinet dentystyczny. Jest on czynny dwa razy w tygodniu. Nareszcie wszyscy wychowankowie będą mieli zdrowe zęby.

październik 1964

Dziś w naszym Domu gościliśmy pedagogów z Bułgarii. Goście oglądali nasze sypialnie, uczelnie, sale telewizyjne, bibliotekę, salę imprez, prowadzili z nami rozmowy. Nasz Dom wszystkim się podobał.

czerwiec 1965

Dziś odbyła się uroczystość z okazji Dnia Dziecka. Dostaliśmy prezenty, z których bardzo się cieszymy. Po południu młodsze dzieci poszły do kina na film, starsi bawili się na zabawie tanecznej.


WSPOMNIENIA BYŁYCH WYCHOWANKÓW

- Byłem wychowankiem Domu (lata pięćdziesiąte ), pamiętam bardzo prężnie działający samorząd. Każdy z nas, gdy coś przeskrobał, bał się nie wychowawcy, dyrektora, ale oceny samorządu. Był ostry i sprawiedliwy. Sami ocenialiśmy i wymyślaliśmy kary. Skład samorządu wybierany był spośród wychowanków Domu. Osoba wybrana do samorządu czuła się wyróżniona. Starała się wywiązać z roli, jaką jej powierzono. Przede wszystkim starała się zachowywać tak, aby jej postępowanie było godne naśladowania. Ocenianie postępowania innych mobilizowało do wzorowego zachowania. Sami pilnowaliśmy jeden drugiego, dbaliśmy, aby wzajemnie darzyć się szacunkiem i być uczciwym wobec pozostałych.

***

- Byłem wychowankiem w czasach przeprowadzki Domu Dziecka z Okęcia w Warszawie do dzielnicy Koło. Pamiętam fatalne warunki jakie panowały na Okęciu: piętrowe niewygodne łóżka, ciasne pokoje, stare materace, brak jakichkolwiek wygód. Podczas przeprowadzki pomagaliśmy jak mogliśmy: pakowaliśmy rzeczy, przewoziliśmy na Koło z nadzieją, że nasze życie polepszą przynajmniej warunki mieszkaniowe. Nasi wychowawcy z dużym zaangażowaniem pakowali nasze ubrania, książki, niezbędne rzeczy. W Domu dziecka przy ul. Dalibora 1 czuliśmy się jak w luksusowym hotelu: duży budynek z dziedzińcem i fontanną, bieżąca woda z kranu, łazienki, centralne ogrzewanie, duże pokoje. Docenialiśmy tę zmianę, warunki. Gdy dziś po latach wracam wspomnieniami do tamtych lat i czasu minionego, mogę zrozumieć, co przeżywa młody człowiek, gdy traci najbliższych, swoją rodzinę, swe korzenie, a jego życiem kierują inne osoby. Czy zastąpią najbliższych, rodzinę?

- Przeszedłem gehennę tamtych dni, lecz mimo wszystko uważam, że trzeba płacić sercem za okazane serce. To jest i było moim sensem życia. Cztery dni po pogrzebie mego taty, 11 września 1947 roku, na parę dni przed ukończeniem przeze mnie 7 lat, zostałem nocą zabrany w „nieznane”, zaledwie parę ulic dalej do przytułku (tak nazywano te domy). W tym czasie byłem już sierotą. W 1942 roku moja matka Zofia została zraniona na sali operacyjnej Szpitala „Dzieciątka Jezus” w Warszawie przez odłamki zrzucane przez pomyłkę na szpital. Umarła w mękach po dwóch miesiącach. Po jej śmierci moim wychowaniem zajmowali się rodzice taty. Tata z zawieruchy wojennej, służby ojczyźnie, wracał w 1946 roku pierwszym transportem do Warszawy z Wielkiej Brytanii, do mnie. Ja, obdarty z imienia i nazwiska, przebywałem w przytułku - domu dla wszystkich - bez prawa widywania się z pozostałą rodziną, dziadkami, macochą, przyrodnim bratem. Gehenna trwała trzy lata - ja bez korzeni, z obcym imieniem i nazwiskiem. Adoptowała mnie pani Zofia Dembińska, daleka krewna mojego ojca - ówczesny wiceminister Oświaty. Wróciłem do rodziny, imienia i nazwiska, ale musiałem przebywać w placówce, w celu „właściwego wychowania”. Trudno mówić o tamtych latach. Wspomnieć należy, że dzięki pani dyrektor, która kierowała nasza placówką, gehenna tych trzech lat przeminęła, ale pozostał żal i zadra w sercu. Do tego dochodziły trudności tamtych lat, miedzy innymi brak żywności. Mogę powiedzieć tylko tyle: młody chłopak dostawał na śniadanie dwie kromki chleba z marmoladą z buraków, a zjadłby konia z kopytami. Obiady były skromne, ale treściwe; kolacja: chleba nigdy pod dostatkiem, ale pomagały nam serce i zaradność ludzi, którzy nas wychowywali i pomogli przetrwać te trudne dni.

- Z obozów i ochronek z całej Polski wracali dziewczęta i chłopcy z całej Europy, którzy nie mieli dokąd wracać. Umieszczani byli w placówkach takich jak ta, w której przebywałem. Przytoczę pewien fakt: Staś - lat 11, budzi się w nocy, krzyczy, płacze, ostrzega, że zaraz przyjdzie KAPO i wyprowadzi na rozwałkę cały barak. Staś koszmary przeżywał wiele razy. Z czasem z naszego Domu zaczęto przekwaterowywać ludzi starszych. Odchodziły matki z dziećmi. Dom stawał się placówką dla dzieci półsierot, sierot. Przyjął nazwę „Dom Dziecka Warszawy”. Dom jako pierwsza tego typu placówka powstał w 1944 roku. Warunki lokalowe były bardzo trudne, jadalnia służyła nam za uczelnię i salę teatralną. Spaliśmy na piętrusach, w pomieszczeniach o 15 metrach kwadratowych po  12 osób. W 1955 roku zapadła decyzja budowy nowej siedziby naszego Domu na działce 4 hektarowej na Kole. Budowa ruszyła. My każdą wolną chwilę spędzaliśmy na budowie, wakacje też. Wspomagaliśmy prace na budowie, partactwa nie przepuszczaliśmy.

maj 1957, - Trwają prace wykończeniowe, a ekipa z panią Basią Pisarską i o dwa  lata starszą od nas wychowawczynią (ekipa: Leszek Maj, Staszek Rudnik, i ja) zaczynamy urządzać nasz Dom. W końcu sierpnia Dom jest gotowy.

1 września 1957, - Zaczynamy nowy rok szkolny w wymarzonym Domu. Są tu piękne pokoje, stołówki, sala teatralna - wszystko nowe. Przenosimy nie tylko swoje rzeczy osobiste, ale także nasze wspomnienia i bagaż przeżyć. W tym czasie przyjechała z Moskwy grupa młodych Rosjan z domu dziecka - pokrewne dusze. Podróżowaliśmy przez 3 miesiące po zakamarkach naszego kraju. Mieliśmy wspólne przeżycia, wspomnienia. Pamiętam jak dziś moją poprawkę z języka rosyjskiego, jako karę za podpowiadanie. Na egzaminie końcowym „tokowałem” jak słowik. Komisja oniemiała. Pani dyrektor zapytała: „Pani profesor, czy wszyscy znają język rosyjski jak Krzysztof ?” Dostałem piątkę! Jako wychowankowie mieliśmy w Domu różne obowiązki. Każdy starszy wychowanek sprawował opiekę nad młodszym wychowankiem. Moim obowiązkiem jako starszego, było przygotowanie malucha do snu: upranie i poreperowanie mu odzieży, wykąpanie i ułożenie do spania. Obowiązywała zasada: wygląd twojego podopiecznego świadczy o tobie. Bardzo sprawnie za czasów mojego pobytu w domu działał Samorząd. Z jego zdaniem liczyła się dyrekcja. Gdy Samorząd ukarał - dyrekcja kary nie anulowała. W "Dniu Samodzielności" wszystkie obowiązki pełniła młodzież: gotowała, pełniła obowiązki wychowawców i dyrekcji. Wszystko grało - Dzień Samodzielności był sprawdzianem naszej gotowości do samodzielnego życia. 15 czerwca 1959 roku uzyskałem tytuł Technika Terenów Zielonych. Usamodzielniłem się, lecz moich kontaktów z domem rodzinnym nie przerwałem. Do chwili powołania do służby wojskowej pełniłem obowiązki wychowawcy grupy najmłodszej. Po odbyciu zasadniczej służby wojskowej wróciłem do pracy na PKP, gdzie przeszedłem wszystkie szczeble kariery zawodowej. Cały czas pracowałem społecznie: prowadziłem drużynę harcerską. W wojsku byłem przewodniczącym Kół Młodzieży Wojskowej Mazurskiej Jednostki KBW. Po przejściu do cywila pracowałem w Związku Zawodowym Kolejarzy przez trzy kadencje. W tym czasie zawarłem związek małżeński, żeniąc się z kobietą z tradycyjnej rodziny kolejarskiej. Życie zaczęło się układać. Mam kochającą rodziną i dwóch uroczych wnuków.

15 lat temu z inicjatywy dyrektor Domu zostało powołane Stowarzyszenie Byłych Wychowanków Domu Dziecka Nr 3 im. „Dziecka Warszawy”. Od dziesięciu lat przewodniczę Stowarzyszeniu. Najważniejszym zadaniem Stowarzyszenia jest pomoc byłym wychowankom, współpraca z macierzystym Domem i pomoc obecnym wychowankom. Dużo czasu poświęcamy współpracy z naszymi rodakami z Białorusi i Ukrainy.

17 stycznia 1994, - Tradycyjnie odbyły się urodziny naszego Domu - spotkanie pokoleń byłych i obecnych wychowawców, wychowanków, pracowników. Zarazem była to okazja szczególna: 50-lecie naszego Domu. O godzinie 17:00 przed audytorium wystąpiła dyrektor Domu Dziecka, aby przywitać zaproszonych gości. Gardło mi ściskało, serce biło mocniej. Przed oczami miałem tych, którzy mnie wychowywali i rówieśników tych którzy są i już odeszli. Wróciły chwile wspomnień. Opanowała mnie trema - nie słyszałem słów przemówienia dyrektor. Gdy przyszła moja kolej na zabranie głosu, gdzieś z wnętrza zaczął się wydobywać głos - nie mój, jakiś inny. Najgorsze było za mną. Zjazd z okazji 50-lecia powstania naszego Domu został otwarty. Przemówienia gości, gratulacje, tego nie słyszałem. Moje myśli błądziły po przeżytych dniach. Na scenie przywołano obrazy z życia naszego Domu, moje i moich bliskich - jak z długich szpalerów wygnańców Warszawy grupa lekarzy z opaskami PCK wyciąga maluchy, dzieci niczyje, matki z małymi dziećmi, starców.

Obrazy następne: Dom, noc, mała Krysia pod pryczą płacze, krzyczy, woła: „matuś” i chowa się. Matczyne ręce naszej kochanej Muni przytulają nas do piersi, przeprowadzają przez wszystkie zdarzenia, wprowadzają do nowej siedziby.

Obrazy toczą się dalej: Po części oficjalnej odbyło się spotkanie pokoleń. Wróciły wspomnienia, stanęliśmy twarzą w twarz - rozpoznawaliśmy się, wspominaliśmy przeżyte dni naszej młodości. Zabrakło na nim tych, którzy odeszli na wieczna wartę... Podsumowując moje, muszę stwierdzić, że spotkałem prawdziwych pedagogów i przyjaciół, jak dr Maria Palester oraz panie Maria Pogonowska, Mildona, Szpajda, Noiszewska, Terlecka, Basia Pisarska. To wychowawcy, przyjaciele, ludzie złotego serca, podobnie jak dyrektor Gertruda Zagoździńska, dyrektor Jolanta Markowska-Paska oraz wielu wspaniałych ludzi: wychowawców młodego pokolenia. Współpracuję z Fundacją Pomocy Dzieciom Specjalnej Troski. Moja współpraca ze Związkiem Polaków na Białorusi daje mi dużo satysfakcji i zadowolenia. Dziś, gdy wspominam tamte lata, muszę stwierdzić, że moje dzisiejsze osiągnięcia zawdzięczam wspaniałym ludziom, wychowawcom, z których czerpałem wzory. Wiem że najważniejsze to być człowiekiem i dać od siebie potrzebującym.

                                                                   ze wspomnień byłego wychowanka Domu Dziecka nr 3 - Krzysztofa Dembińskiego

***

W tym domu wychowywała się moja mama i być może dlatego tu trafiliśmy. Przywiozła nas tu mama albo tata, nie wiem, które, bo nie chcą się przyznać, ale wydaje mi się, że mama.

Z tego co pamiętam był to dzień 25.01.1988 roku. Miałam wtedy pięć lat, a mój brat 3 lata. Bardzo płakaliśmy, bo chcieliśmy do domu. Przyjęła nas pani Hania Babiuch, która była wtedy na dyżurze. Jak się później okazało była to wspaniała wychowawczyni, dbająca o wszystkich swoich podopiecznych. Była osobą pracowitą, dokładną, zawsze uśmiechnięta. Tak przynajmniej zapamiętałam panią Hanię, jako osobę opiekuńczą i wrażliwą. Zawsze gdy przychodziła na dyżur, pierwsze, co robiła, to krzyczała: „Monika, idziemy się przebrać, bo jak zwykle jesteś brudna!” Pani Hania dużo nas nauczyła. Od małego byłam nazywana brudaskiem lub strojnisią-pięknisią, bo nie dość, że chodziłam wciąż brudna, to na dodatek co chwila się przebierałam w jakieś sukienki i przeglądałam się godzinami w lusterku.

Drugą osobą którą się zachwycałam była pani nasza kochana piastunka Wacia. Była osobą opiekuńczą i cierpliwą, bo jak można wytrzymać z grupką łobuziaków. Pani Wacia zawsze o nas dbała, kąpała, ścieliła nam łóżka, karmiła, ubierała itd. Druga piastunka była złą kobietą. Widać było po niej, że nie lubiła dzieci. Bardzo źle nas traktowała. Bardzo przez nią cierpieliśmy i dużo łez wylaliśmy.

Po dłuższym czasie przebywania w domu dziecka poznałam dziewczynę ze starszej grupy. Nazywała się Beata Sz. Bardzo mnie polubiła i dlatego zabrała mnie z „przedszkola” do swojej grupy. Wtedy zostałam rozdzielona z moim bratem. Beata zawsze się mną opiekowała, uczyła, abym ładnie jadła, chodziła i nie garbiła się. Dbała o to, abym miała porządek wokół siebie. Nigdy mnie nie biła. Odkąd pamiętam, to zawsze się mną zajmowała, choć miała swoje młodsze rodzeństwo o które też dbała. W grupie oprócz Beaty poznałam też wiele dobrych i złych ludzi. O złych nie będę opowiadać, ale o dobrych coś powiem.

Przede wszystkim pracowały tu dwie wychowawczynie i wychowawca. Wychowawczynie choć były bardzo rygorystyczne, wymagające, to nie były takie złe. Pani Ewa była osobą wrażliwą, ciepłą i uczuciową, ale nie raz dawała trochę popalić. Przy niej nauczyłam się czytania, pisania, dbania o swój wizerunek oraz o to, co mnie otaczało. Uczyła, co dobre, a co złe, jak żyć w grupie i osobami, które mnie otaczają. Była dla mnie niczym matka. Teraz już nie pracuje w domu dziecka. Za wszystko bardzo jej dziękuję. Druga wychowawczyni była bardziej rygorystyczna. Bardzo dużo wymagała od nas. Była osobą która owijała sobie wszystkich wokół palca, wszyscy byli jej posłuszni. Gdy ktoś źle się uczył, to siedział pół lekcji nad książkami, a jakąkolwiek przyjemność mógł sobie wybić z głowy, nawet jeśli była to uroczystość w domu dziecka albo jakieś wyjście na zewnątrz. Nie powiem, wiele się przy niej nauczyłam. Gdyby nie ona, nie umiałabym tabliczki mnożenia, bo ucząc się siedziałam całą noc pod pracownią plastyczną. Przynajmniej nauczyłam się różnych sposobów wykonywana prac plastycznych. Gdyby nie moja grupa i wychowawcy, pewnie do tej pory nie byłabym ochrzczona, nie byłabym u pierwszej komunii świętej. Wychowawca, który pracował u nas, był przesympatyczny i kochany. W VI grupie spędziłam 8 lat.

Później przeszłam do grupy mojego brata, o co musiałam się starać bardzo długo. Mój brat był w grupie III. Chciałam z nim być, bo tam był bity przez kolegów i źle traktowany. Chciałam mu trochę pomóc, ale nie chciałam, żeby przeszedł do mojej grupy, bo by się jeszcze bardziej nacierpiał. Od małego się nim zajmowałam, bo mama nie raz zostawiała nas samych. Gdy byliśmy już w Domu Dziecka, to jako starsza siostra musiałam mu we wszystkim pomagać i pilnować go, bo on bardzo wolno się wszystkiego uczył. W domu dziecka miałam swoje dobre i złe dni, swoich wrogów i przyjaciół. Bardzo lubiłam różne uroczystości, bo prawie zawsze występowałam i brałam udział w ich przygotowaniu. Z roku na rok coraz więcej się uczyłam i coraz więcej umiałam. Powróćmy do grupy III, gdzie też poznałam świetnych wychowawców panią Sylwię, panią Anię, panią Kasię, panią Wandę, która uczyła nas gotowania i szalonego pana Leszka. Gdy skończyłam szkołę podstawowa poszłam do szkoły fryzjerskiej, gdy ją już prawie kończyłam wychodziłam już z domu dziecka na swoje.

Zamieszkałam w mieszkaniu tzw. socjalnym, które została przydzielone dla Domu Dziecka. Tam miałam nauczyć się samodzielności. Czekałam na swoje mieszkanie, o które starałam się z gminy. Pomogła mi w tym pani Magda - pracownik socjalny. Teraz mieszkam już w swoim mieszkaniu, chodzę do szkoły. Otrzymałam tzw. wyprawkę na umeblowanie swojego kącika, a do tego dostaję jeszcze pieniążki co miesiąc na szkołę. I tak minęły moje 15 lat w szczęściu, smutku, w płaczu i uśmiechu. Ale przez to wiele nauczyłam się w Domu Dziecka i za to jestem Wam bardzo wdzięczna. Każdy rok w domu był dla mnie wyzwaniem, które musiałam pokonać. Gdybym była w domu pewnie nawet szkoły bym nie ukończyła, albo w ogóle bym do niej nie poszła. Dziękuję mamie i jestem wdzięczna, że oddała mnie do domu dziecka, bo ten Dom to moja druga wielka rodzina, przez która teraz będąc już na swoim wiele cierpię.

***

Pewnego jesiennego dnia wychowawczyni powiedziała, żebym postarała się szybko sprzątnąć stoły po obiedzie (byłam dyżurną), ponieważ w moim pokoju ktoś na mnie czeka. Miała bardzo tajemnicza minę. Powiedziała mi o tym tuż przed wyjściem ze stołówki, nie mogłam nawet dopytać się, kto to jest. Uwinęłam się bardzo szybko z dyżurem i szybko pobiegłam do pokoju. Czekała tam na mnie pani z wesoło patrzącymi oczami. Poprosiła, abym mówiła do niej ciocia Marta i zapytała, czy może porozmawiać ze mną, albo zagrać w jakąś grę. Miałam karty do gry w Piotrusia. Grałyśmy dwie godziny.

Ciocia Marta zaczęła mnie odwiedzać, przychodziła coraz częściej: w soboty, niedziele, później w dni powszednie. Spędziłam u niej Święta Bożego Narodzenia i ferie zimowe. Ciocia zaczęła zabierać mnie na przepustki, spędzałam u niej niedziele. Razem bawiłyśmy się, grałyśmy w różne gry, wychodziłyśmy na spacery, ale także odrabiałyśmy lekcje, czytałyśmy książki. Z czasem, dla cioci, zaczęło zależeć mi na lepszych ocenach. Widziałam radość w oczach cioci, gdy oznajmiałam jej, że dostałam dobrą ocenę (wcześniej uczyłam się na słabych trójkach), że pani w szkole pochwaliła mnie za odrobione lekcje. Nie chciałam, aby cioci było smutno, że z lenistwa nie odrobiłam lekcji. Wstydziłam się przyznać, że kiedyś z dyktanda dostałam dwóję. Polubiłam ciocię, zaczynałam tęsknić za jej towarzystwem. Czekałam na jej wizyty, liczyłam dni i godziny do jej przyjścia. Po pewnym czasie zaczęłyśmy składać wizyty członkom jej rodziny. Bardzo lubiłam mamę mojej cioci. Podobnie jak ona, miała takie wesołe oczy, lubiła śmiać się i żartować.

Pewnego razu, chyba tuż przed wakacjami, ciocia zapytała, czy nie chciałabym zamieszkać w jej domu na zawsze. Pamiętam, że aż rozpłakałam się z radości. Czułam się bardzo szczęśliwa, że ciocia chce zabrać mnie do swojego domu na zawsze. Nowy rok szkolny przywitałam już w nowej szkole, która mieściła się na tej samej ulicy co dom cioci, a właściwie mojej MAMY, bo tak zaczęłam nazywać ciocię. Nauka szła mi dużo lepiej, czułam, że nie mogę zasmucać mamy słabymi ocenami. Reszta mojego dzieciństwa była szczęśliwa. Święta spędzałam w rodzinie mojej mamy, latem, podczas wakacji wyjeżdżałyśmy z mamą w różne miejsca poza miasto. Kilka razy byłam na kolonii, a mama przyjeżdżała do mnie w odwiedziny. Moja przybrana mama bardzo dbała o mnie. Po ukończeniu szkoły podstawowej zostałam ekspedientką w sklepie obuwniczym. W tej chwili Mama jest na emeryturze i bardzo chętnie opiekuje się moim synkiem, który woła na nią BABCIU!

                                                                                                                                opracowanie:    Zygmunt Aleksander Szwertner & Jolanta Paska-Markowska

Powered by SmugMug Log In